|
Rozmowa
z Robertem Kawałko, Prezesem Polskiego Stowarzyszenia Fundraisingu
-Co to jest fundraising?
-Termin „fundraising” powstał z połączenia dwóch angielskich słów: „fund” – fundusze i „raising” – zbieranie. Oznacza zatem po prostu zbieranie funduszy i to głównie na cele charytatywne, publiczne. Świadomie nie tłumaczymy tego słowa na język polski i wierzymy, że ten termin przyjmie się w Polsce tak jak „marketing”. Bo fundraising nie jest tylko proszeniem o datki – to zagadnienie z dziedziny zarządzania organizacjami i gospodarowania finansami. Łączą się z nim nierozerwalnie planowanie, metodyka i etyka, a to już coś więcej niż sama filantropia.
-Kiedy pojawił się w
Polsce?
-Fundraising w swej podstawowej formie czyli jako
dobroczynność, istniał w Polsce już przed wiekami. Fundraiserem
można by nazwać choćby księdza Piotra Skargę, który w XVI
wieku w Krakowie zbierał wraz ze swym Arcybractwem Miłosierdzia
fundusze na posagi dla ubogich dziewcząt, żeby ratować je przed
nędzą. O wielu innych kampaniach zbierania funduszy na szlachetne
cele świadczą też tablice pamiątkowe na cześć fundatorów,
jakich pełno na krakowskich ulicach i w kościołach - wspomnijmy
choćby cegiełki na wawelskim murze upamiętniające darczyńców,
którzy na początku XX wieku wspomogli odnowę Zamku
Królewskiego. Najgorzej z filantropią było chyba w czasach
komunizmu, ale po roku 1989 ludzie znów zaczęli sobie
pomagać, czego dowodem jest choćby triumf Wielkiej Orkiestry
Świątecznej Pomocy czy kampania „Pajacyk" prowadzona w
internecie przez Polską Akcję Humanitarną.
-Kim są fundraiserzy?
-W
czasach internetu, baz danych i bilboardów potrzeba coraz
więcej wiedzy z takich dziedzin, jak budowanie wizerunku, zasady
zbierania i rozliczania darowizn czy komunikacja z darczyńcami. To
dlatego nie da się już budować szpitali i stadionów albo
opiekować się zabytkami bez specjalistów, którzy będą
zabiegać o fundusze codziennie, regularnie i profesjonalnie.
Fundraiserzy to ci, którzy biorą na siebie odpowiedzialność
zapewnienia funduszy na sfinansowanie takich zamierzeń i ich
kontynuację. Na Zachodzie każda uczelnia, hospicjum, a nawet
zespoły Formuły 1 mają swoich fundraiserów i bez nich nie
mogłyby funkcjonować, bo to oni znajdują sponsorów, piszą
wnioski o dotacje, zjednują hojnych darczyńców. W USA czy w
Wielkiej Brytanii fundraising jest zawodem i jestem przekonany, że
za kilka lat tak samo będzie w Polsce.
-Dlaczego
profesjonalizacja działań związanych z pozyskiwaniem funduszy na
działalność charytatywną jest tak ważna?
-Istotą
fundraisingu jest budowanie wieloletnich, stabilnych relacji z
otoczeniem: urzędami, sponsorami, członkami organizacji i jej
darczyńcami. Wystarczy sobie uświadomić, że każdemu darczyńcy
należy podziękować za pomoc i powiadomić go, co stało się z
podarowanymi przez niego pieniędzmi. Jeśli ofiarodawców jest
kilka tysięcy, to staje się oczywiste, że żaden prezes nie
poradzi sobie z tym zadaniem samodzielnie: ktoś musi napisać listy,
zaadresować je i wysłać, a czasem też zadzwonić do wielu z tych
osób czy się z nimi spotkać. To dlatego potrzeba ludzi,
którzy będą posłańcami czy wręcz ambasadorami organizacji
w jej staraniach o wsparcie. Tam, gdzie fundraising już działa to
dzięki profesjonalnym fundraiserom zarządy klubów
sportowych, domów dziecka czy teatrów nie muszą ciągle
myśleć o pieniądzach, lecz zajmują się sportowcami, dziećmi i
aktorami i dzięki temu lepiej im służą. W stosunkowo niewielkich
uczelniach amerykańskich zatrudnia się nawet ponad 200
fundraiserów, którzy codziennie podtrzymują kontakt
pomiędzy absolwentami a ich byłą szkołą. Te bliskie relacje
owocują hojnością - np. w Swarthmore College aż 80% absolwentów
wspiera finansowo swoją byłą uczelnię. Pomagają budować
stadiony, akademiki, laboratoria i fundują stypendia.
W Polsce takie działania to wciąż
kwestia przyszłości - wspomnę tylko, że moja była uczelnia
nigdy jeszcze o nic mnie nie poprosiła. Profesjonalizacja
działalności oznacza, że w danej instytucji nie wszyscy robią
wszystko, lecz każdy robi to, co potrafi najlepiej - a na
zbieraniu pieniędzy najlepiej znają się fundraiserzy.
-Jakie
błędy uniemożliwiające otrzymanie dotacji lub znalezienie
sponsora popełniają najczęściej fundacje i
stowarzyszenia?
-Najczęstszy błąd to szukanie pieniędzy
„za pięć dwunasta", w ostatniej chwili. W tym stylu można
prosić o pomoc tylko w razie jakiejś katastrofy czy klęski
żywiołowej. Prośby zaś zwykle dotyczą przedsięwzięć, które
można zaplanować nawet z kilkuletnim wyprzedzeniem. Na szkoleniach
z fundraisingu zachęcamy więc organizacje, by stworzyły dla siebie
kilkuletnie plany działania. Wtedy unika się zaskakiwania
sponsorów, którzy zwykle potrzebują nawet paru
miesięcy na podjęcie decyzji, zwłaszcza gdy muszą ją konsultować
z przełożonymi albo zaplanować w budżecie.
Inny błąd to
proszenie w nieodpowiedni sposób. Na przykład z góry
wiadomo, że list z prośbą o pomoc powielony sto razy i wysłany do
stu firm znalezionych w książce telefonicznej to zwykła strata
czasu i pieniędzy. Sponsora trzeba starannie wybrać i poznać
jeszcze zanim zadzwonimy z prośbą o spotkanie czy wyślemy list. Na
skuteczne proszenie jest następująca recepta: należy prosić
odpowiednią osobę, o odpowiednią kwotę, na odpowiedni cel, w
odpowiedni sposób i w odpowiednim czasie. Spełnienie tych
pięciu warunków gwarantuje sukces. Warto też nastawić się
na cierpliwość: podobno Janina Ochojska powiedziała kiedyś, że
nikt jeszcze nie odmówił jej pomocy więcej niż 13 razy. A
ludzie zniechęcają się zwykle bardzo szybko - to kolejny błąd.
-Gdzie fundacja może zwrócić się w poszukiwaniu
fundraisera?
-Jeszcze nie ma w Polsce profesjonalnie
wyszkolonych fundraiserów - ich regularne szkolenia i
certyfikacja rozpoczną się dopiero latem 2008 roku. Jest za to
coraz więcej praktyków-samouków, którzy dzięki
pracowitości i wytrwałości osiągają sukcesy. Tych, którzy
już teraz chcą zatrudnić specjalistę od poszukiwania funduszy
zachęcam do zamieszczania ogłoszeń na stronie www.ngo.pl, ale
muszą nastawić się, że będą sami musieli sobie takiego
specjalistę wychować. Mogą w tym liczyć na pomoc Polskiego
Stowarzyszenia Fundraisingu, które ułatwia udział w
szkoleniach oraz dostęp do ekspertów i doradców.
-Czy można oszacować, ile osób
pracuje aktualnie w tym zawodzie w Polsce? W jaki sposób można
się go nauczyć? Jakie trzeba mieć kwalifikacje i
predyspozycje?
-Na pierwszą konferencję fundraiserów,
która odbyła się w kwietniu w Krakowie przyjechało 200
osób. Myślę, że w Polsce fundraiserem nazywa siebie
najwyżej kilkaset osób, ale to dlatego, że zbieraniem
funduszy zajmują się głównie członkowie zarządów i
inni pracownicy i jest to dla nich działalność dodatkowa. Z
czasem, gdy organizacje będą się rozwijać i mieć coraz więcej
zadań związanych z poszukiwaniem funduszy, grono fundraiserów
szybko się powiększy. Wierzę, że będą to ludzie zaangażowani w
misję organizacji, dla których będą pracować, nastawieni
na służbę potrzebującym. Ci, którzy w fundraisingu nie
szukają przyjaciół i sojuszników w budowaniu
wspólnego dobra, lecz tylko pieniędzy, rzadko odnoszą
sukces. Fundraiser ma być ambasadorem, a więc wyglądać, mówić
i zachowywać się tak, by przez długi czas móc właściwie
reprezentować swoją organizację i jej podopiecznych. Jeśli takiej
dojrzałości i profesjonalizmu oczekujemy od fundraiserów, to
oczywiste staje się, dlaczego na Zachodzie większość z nich to
osoby już niemłode, ale za to doświadczone i ustabilizowane
życiowo. Na nich można zawsze polegać, a i im łatwiej pracować,
bo wykorzystują swoje umiejętności i kontakty zdobyte w innych
zawodach. Dla amerykańskich fundraiserów poszukiwanie
funduszy to często trzecia lub czwarta praca z kolei.
-Polskie
Stowarzyszenie Fundraisingu zrzesza fachowców w tej
dziedzinie, proszę opowiedzieć o jego powstaniu.
-Stowarzyszenie
powstało w styczniu 2006 r. pod patronatem Fundacji Konkurs Pro
Publico Bono, której byłem wtedy dyrektorem. Mając kontakt z
uczestnikami konkursu, który nagradza najlepsze dokonania
organizacji społecznych widziałem, ile trudu i troski ich zarządy
i pracownicy wkładają w zdobywanie funduszy na pomoc potrzebującym,
sami pracując często w warunkach gorszych niż skromne. Decyzja o
założeniu stowarzyszenia została podjęta w Meksyku, na
międzynarodowym kongresie fundraiserów, na który
pojechaliśmy w roku 2005 z Martą Foryś, kierownikiem działu
współpracy z zagranicą na krakowskiej AGH, a dziś również
wiceprezesem zarządu PSF.
To tam, w Meksyku, zobaczyliśmy, że
organizacje nie muszą być stale ubogie i że istnieją sposoby na
stabilne finansowanie ważnych dzieł społecznych. Spotkaliśmy
ludzi, którzy zdobywając fundusze dla swych organizacji nie
narzekali na biedę, lecz zawzięcie poszukiwali coraz lepszych
sposobów na budowanie ludzkiej solidarności i opowiadali o
swoich sukcesach. Zapragnęliśmy, by za parę lat było tak samo w
Polsce. Zachęceni przez fundraiserów z USA i Europy
Zachodniej zaprosiliśmy do współpracy laureatów
Konkursu Pro Publico Bono, by razem z nami przenosili do Polski te
dobre wzory i adaptowali je do naszych realiów. Tak właśnie
powstało stowarzyszenie, do którego teraz co kilka dni
wstępują nowi członkowie. Siedziba PSF znajduje się w Krakowie,
tu też mieszka większość członków zarządu.
-Jakie
cele już Państwo osiągnęli, a jakie są wciąż przed
Państwem?
-Pierwsza konferencja fundraiserów już za
nami i przygotowujemy drugą. Odbędzie się w Gdyni w dniach 18-19
kwietnia 2008. Ważnym dokonaniem było też przetłumaczenie i
wydanie „Międzynarodowej deklaracji zasad etycznych fundraisingu".
Odbyło się też sporo szkoleń - ostatnio w Libiążu, Dobczycach
i Niepołomicach, ale byliśmy też m.in. w Olsztynie, Policach i
Poznaniu. Teraz nasze największe przedsięwzięcie to właśnie
rozpoczęta Szkoła Trenerów Fundraisingu, która
przygotowuje 20 wykładowców-specjalistów. Będą oni
prowadzić w całej Polsce szkolenia dla organizacji pozarządowych i
uczyć je etycznego i skutecznego zdobywania funduszy. Wybieramy się
też na szkolenia zagraniczne - w marcu do Pragi, a w kwietniu do San
Diego w USA, żeby przywieźć stamtąd nowe pomysły dla polskich
fundraiserów.
Źródło: „Modny Kraków"
(styczeń 2008 r.)
|